7 lutego 2015

007. Sztuka wyciągania wniosków, czyli co zyskałam po OMie :)

Mija mi właśnie pierwszy tydzień ferii i przez ostatnie trzy dni, podobnie jak w zeszłym roku, uczestniczyłam w Oazie Modlitwy (OM). Oceniam to jako bardzo dobrze spędzony czas, bo, po pierwsze; była naprawdę miła atmosfera, dzięki której codziennie zasypiałam nieźle zmęczona, ale bardzo usatysfakcjonowana z minionego dnia oraz - po drugie - nawiedziły mnie liczne rozkminy, które, mam wrażenie, okażą się dla mnie naprawdę znaczące: jeśli nie w tym momencie to za pewien czas. Nie wiem czy jakimiś argumentami mogłabym uzasadnić dlaczego tak twierdzę, ale po prostu mam takie przeczucie. I zaufam mu. Bardzo często dopada mnie ulotność drobnych chwil - po obejrzeniu filmu szybko zapominam połowy scen (dlatego oglądanie filmów po kilka razy, o ile mi się spodobały, jest dla mnie super!), kilka tygodni po przeczytaniu książki nie umiem już dokładnie opisać wielu wydarzeń i zaciera mi się pamięć o szczegółach. Dlatego wszelkie cytaty, wydarzenia, przemyślenia wymagają ode mnie zapisania, jeśli nie chcę, aby większość z nich przepadło w eter. Pisząc tę notkę mam tylko bardzo ogólny zarys wszystkiego, co sobie uświadomiłam przez tę trzydniową formację i chyba sama będę zaskoczona po ich przeczytaniu. Z Duchem Świętym jako inspiratorem i przewodnikiem powoli jakoś przebrnę przez te linijki, bo chciałabym się tymi moimi małymi odkryciami dodatkowo jeszcze podzielić z innymi. A nóż ktoś zyska z nich jakąś dobrą naukę. Zobaczymy. Bynajmniej wiem, że chociaż mi pomogły one spojrzeć nieco szerzej i mam nowe podstawy do wprowadzania w życie zmian. 
Z a c z y n a m y !

  •  Narzekanie to mój problem już od długiego czasu. Tylko, że właśnie na OMie dostrzegłam, że zbyt często marudzę z powodów, które tego nie wymagają, albo nawet są rzeczami niosącymi radość. O ile może oduczyłam się mówienia o tym na głos, to nawet i w myślach dosyć często zdarza mi się karcić pewne rzeczy. ZBĘDNIE! Wystarczyło jedno wydarzenie żebym namacalnie zobaczyła jak znerwicowanym człowiekiem potrafię być w środku, zamiast czerpać radość z takiej zwykłej beztroski, którą trzeba wykorzystać, póki mogę. Chyba zbyt wielu rzeczom czasami przyklejam naklejkę "żałosne" lub "głupie" chociaż to wcale takie nie jest. Stwarzam sobie w ten sposób tylko mnóstwo powodów, aby się bezsensownie zirytować, a w tym samym czasie szukam jednocześnie sposobu na bycie milszą i wyrozumialszą. Nerwy i spokój pasują do siebie jak ketchup do lodów. Wolę lody ;) Wybieram spokój ♥ Moja misja: przestać marudzić! 
  • Gdy dołączyłam do Oazy, czułam się z początku przez długi czas taką maleńką, szarą myszką. Bardzo chciałam wbić się w to grono, ale czułam opór i blokadę, krępowałam się. Lody przełamane. Ale czy teraz sama robię coś, aby nowym członkom było łatwiej naprawdę poczuć ten charyzmat Ruchu Światło-Życie? Albo czy w jakimkolwiek innym gronie zastanawiam się czy każdy czuje się swobodnie? Zauważyłam, że przestałam dbać o rozwój nowych kontaktów i w większości zaczęłam ograniczać się do swoich najbliższych przyjaciół i chyba nie bardzo przejmowałam się czy ktoś inny czuję się dobrze w naszym towarzystwie. Podjęłam się próby nawiązania relacji także z pozostałymi. Nie muszę od razu z tego wyzwania wychodzić zwycięsko, ale takie chociaż "cześć, co u ciebie, jak ci się tu podoba?" - dlaczego zapominałam o tym, że wypada zadać takie pytanie? Chciałabym od teraz mieć to już zawsze na uwadze, gdy znajduję się w większym gronie, gdzie być może jakieś tacy nowi przestraszeni czekają aż ktoś pomoże im poczuć się dobrze. M.in. właśnie od takiego drobnego gestu zaczęła się moja przygoda z Oazą - bo ktoś inny miał odwagę podejść do mnie i wyciągnąć rękę na przywitanie gdy jeszcze nikogo tam nie załam. Takie coś ma moc! I chcę o tym już zawsze pamiętać.
  • W większości nie potrafię określić kto jest moim przyjacielem, a z kim po prostu mam bliższe relacje. Aczkolwiek istnieje grupka takich osób, o których po cichu twierdzę, że jednak to co nas łączy jest przyjaźnią. Nie mówi się o tym na głos, ale to się wie. I chciałabym im dawać więcej swojego zrozumienia, czasu i uśmiechu. Czasem mam wrażenie, że nie wywiązuję się dobrze z przywilejów przyjaciela, dlatego tak niesamowicie się czuję, gdy ktoś obdarza mnie zaufaniem i powierza osobiste myśli, problemy, sekrety. Bardzo chcę wynagrodzić tym ludziom to, że czynią mnie szczęśliwą. I po prostu ich kochać. Mocniej. Jak najmocniej!
  • Ogólnie mam jakąś taką ogromną chęć wylania na ludzi duuużej ilości miłości. Czuję się niekiedy, jakby sprawiało mi to trudność (a może rzeczywiście sprawia?). Kochanie jest fajne, dlatego chcę kochać najszczerzej jak potrafię. (Jakby ktoś zmówił za mnie w tej intencji Zdrowaśkę to dzięki wielkie! Bardzo chcę nauczyć się prawdziwie obdarzać ludzi miłością)
  • "Miłość cierpliwa jest" (1 Kor 13, 4) - hymn o miłości chyba każdy zna, ale jakoś nigdy tak bardzo do mnie nie przemówił i nie dotknął mnie swoją mocą jak wczorajszego wieczoru. Tej cierpliwości właśnie chcę się nauczyć, aby właśnie na wszelkie sposoby wypełnić w sobie tę misję nauczenia się prawdziwej miłości oraz dawania jej najbliższym.
 Podsumowując pokrótce to wszystko, chyba przede wszystkim trzeba mi w sobie samej znaleźć dużo miłości do dawania. Narodziło się we mnie ogromne pragnienie rozdzielania jej pomiędzy ludzi, których ometkowałam jako przyjaciół, bliskich i najlepszych.
Rekolekcje są cudownym motywatorem do zmieniania siebie. I z takim spokojem się po nich żyje. Chyba dlatego, że się wówczas jeszcze mocniej czuje, że ta największa Miłość jest przecież cały czas Tam Na Górze i jednocześnie tu obok ;)

1 lutego 2015

006. W poszukiwaniu pasji

Zawsze chciałam, żeby dało się mnie jakoś ciekawie scharakteryzować. Bo weźmy sobie jako przykład coś takiego: "o, to ta blondynka co tak dobrze tańczy!". Brzmi znacznie fajniej niż "o, to ta blondynka z mojej szkoły". No, tak akurat o mnie raczej nikt mówić raczej nie będzie. Zgadza się tylko tyle, że blondynka (ciemna...), ale żebym dobrze tańczyła... Oj, dyskutowałabym na temat takiej opinii :P No ale to tylko przykładowo. Po prostu już kawał czasu chciałam być rozpoznawana po jakiejś dobrej zalecie, talencie, ciekawym charakterze czymś jeszcze innym, z czym mogliby mnie ludzie kojarzyć. To chyba takie małe pragnienie każdego człowieka, żeby być nosicielem oryginalnej osobowości i nie ma w tym nic dziwnego. Tylko gorzej, kiedy ciężko to pragnienie spełnić.

Zaczynałam sobie naukę w podstawówce i wtedy uwielbiałam rysować, do tej pory mam jeszcze dyplomy za wygrane wówczas konkursy, ale przegapiłam moment, w którym ta pasja wygasła. Chodziłam nawet na kółko plastyczne w miejskim domu kultury, ale powodu, dla którego z niego zrezygnowałam, również nie pamiętam. To mogło być z 7-8 lat temu. Do tej pory mam w głowie obraz jak jako czterolatka miałam różową łopatkę i koleżanka z piaskownicy zawsze mi ją zabierała i nie chciała oddać, ale akurat tej rzeczy, która czasowo wydarzyła się w bliższej przeszłości, no nie przypomnę sobie za nic! No ale z malowaniem w pewnym momencie zerwałam, a potem już, ilekroć próbowałam się w tej dziedzinie wykazać, nigdy nie wychodziło. No cóż, trudno. Byłam wtedy jeszcze dosyć mała i nieszczególnie zdawałam sobie sprawę, że pasja może mi być do czegokolwiek potrzebna, wtedy atrakcję zapewniała mi zabawa w chowanego (btw, do tej pory to uwielbiam! :D), skakanie po kałużach, gotowanie zupek z piasku i błota... Rozumiecie ;) Dzieciństwo rządzi się swoimi prawami i wtedy raczej nikomu nie przechodzi przez myśl, że trzeba się martwić jakimś szukaniem siebie i wyrażaniem swojej osobowości. Wtedy bym nawet chyba na to nie wpadła. Największy dramat to była brzydka pogoda, gdy pod blok nie można było wyjść. I dopiero chyba w I klasie gimnazjum zachciało mi się spróbować nowych rzeczy i znaleźć jakieś zainteresowania. Zaczęło się od tańca nowoczesnego (to wtedy odkryłam jakim jestem w tym beztalenciem). Jejciu, jejciu, nie, to zdecydowanie nie to! Moje ruchy w tańcu są zbyt sztywne i nie potrafię wyeliminować tej wady, a grupa w której się uczyłam - ujmijmy to w taki sposób - nie stwarzała zbyt dobrych warunków do nauki od podstaw, z przyczyn różnych, ale nie wnikajmy.
Teraz trochę zrezygnuję z chronologii, bo nie jestem w stanie poukładać po kolei wszystkich tych rzeczy, w których próbowałam się spełniać, ale wiem na pewno, że  gdzieś zaraz po tańcu pojawiło się pragnienie spróbowania sił w aktorstwie. Dom kultury umożliwiał zajęcia na kółku teatralnym, ale stety-niestety w piątki, kiedy już miałam spotkania Oazowe, z których nie byłabym w stanie zrezygnować. Potem zdarzyła się kilkukrotna okazja do recytacji lub czytania tekstów na paru występach - skorzystałam i to były bardzo miłe przeżycia (zdecydowanie najlepiej wspominam rolę w Misterium Męki Pańskiej, mega doświadczenie!) i lubię to do tej pory, ale z perspektywy czasu, chyba się odrobinę cieszę, że nie wyszło z tego nic poważnego. Nie czuję do tego szczególnego polotu. Cudownie jest patrzeć, gdy inni z taką ogromną pasją angażują się w teatr, ale to zdecydowanie nie jest moje powołanie. Z jaką dziedziną jeszcze się zmagałam? Szachy! Ambicje opadły mi niesamowicie szybko po trzech zajęciach na kółku, na którym musiałam zostawać bezpośrednio po lekcjach, w jedyny dzień, kiedy mogłabym wcześniej wyjść do domu, zwykle już nieźle zmęczona i głodna. Umiem grać od kilku dobrych lat, ale amatorsko. Turniej szachowy, na którym bez problemu ograli mnie czwartoklasiści z podstawówki i przegrałam 3 na 4 partie utwierdził  mnie w przekonaniu, że nie jest to gra wcale taka prosta jak mi się wydawało. Tutaj moja kariera szachisty dobiegła końca. Być może zostałaby kontynuowana, ale nie chodzi o lenistwo, tylko zbyt dużo zajęć na obecną chwilę, gdzie dołożenie sobie jeszcze czegoś stałoby się dużym obciążeniem, ale też ponowne wrażenie, że to coś nie dla mnie, nieodczuwanie powołania w tym kierunku.
 Próbowałam odnaleźć pasję także w rękodziełach. Zmotywowana nagłą dawką weny i inspiracji wyciągnęłam z kawałki filcowego materiału różnych kolorach i postanowiłam, że uszyję sobie sowę. Ma na imię Marcin i od czasu do czasu ze mną śpi ;) Jest krzywy, ma za mało waty w środku, miejscami się rozpruł, a ja czułam się jak psychopata, gdy musiałam mu wbić igłę w oczy, żeby je przyszyć, ale dało mi to bardzo dużo frajdy i radości, mimo że nie wyszedł mi wcale zbyt dobrze. Okres czasu, w którym powstał Marcin był ogółem momentem, kiedy na nowo wróciłam do rysowania i powoli zaczęło mi to nawet wychodzić. Może nie na mistrzowską skalę, ale na tyle bym odczuwała radość i przyjemność z tego, że mogę coś stworzyć. Jednak wciąż brakowało mi takiego poczucia, że TO JEST TO. Szukam dalej.
Uczę się grać na gitarze, podobnie jak wielu moich znajomych. Z tym, że dla niektórych z nich muzyka jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, a ja traktuję to bardziej jak hobby niż pasję. Chcę umieć grać, ale nie jest to mój podstawowy cel do osiągnięcia, przez co nauka idzie mi dosyć powolnie. Niecodziennie znajduję czas na brzdąkanie i mam świadomość, jak bardzo to niekiedy zaniedbuję, chociaż teraz i tak staram się dbać o systematyczność. Właściwie to dzisiaj zaczęłam, bo ferie, a zatem czas wolny, temu sprzyjają :)
Trochę też śpiewam. W scholi, w mojej parafii. Są dni, kiedy naprawdę mój głos mi się podoba, ale także zdarzają się niezbyt udane.
OKEJ, WYSTARCZY!
Gdyby się głębiej zastanowić nad tym, ile rzeczy jeszcze próbowałam to lista chyba okazałaby się dosyć długa. Ale żeby spośród tylu różnych możliwości nadal nie znaleźć sobie pasji?
Od dzieciństwa towarzyszyło mi pisanie i kontynuuję to do dziś, świetna sprawa! Podobnie z fotografią, chociaż jej przez bardzo długi czas nie rozwijałam, dopiero ostatnio narodził się taki plan. Czekam na wiosnę, aby zrealizować swoje fotograficzne wizje, a tymczasem gromadzę w sobie pomysły i rozkminiam jakby je tu najlepiej przedstawić, aby wyrazić to, co sobie zaplanowałam. Zapewne pojawi się tu kiedyś notka na ten temat ^^
Kiedyś zależało mi na tym, by mieć jak najwięcej zainteresowań i gdy trzeba było się przedstawić gdzieś w Internecie wymieniałam multum rzeczy, z których tak naprawdę regularnie zajmowałam się może dwoma z nich. Teraz uważam to za głupie. Nie da się być we wszystkim dobrym!
Metoda eliminacji to genialna sprawa, gdy się próbuje znaleźć najodpowiedniejsze rozwiązanie. Zachęcam Was do próbowania swoich sił w różnorodnych dziedzinach, nawet gdybyście mieli zrezygnować po pierwszej próbie. Po prostu odrzucajcie to co zdecydowanie Was nie interesuje i tym sposobem szukajcie rzeczy, które są dla Was najfajniejsze.
Uhonorowałam fotografię i pisanie pogrubioną czcionką, bo po długotrwałych poszukiwaniach to w nich zaczęłam odnajdować swoją radość i spełnienie. Właśnie tymi metodami chcę przekazywać ludziom emocje i dawać pole działania swojej kreatywności i pragnieniu tworzenia. To jest ekstra!

A Wy, macie swoje zainteresowania? Jak je znaleźliście i ilu rzeczy spróbowaliście zanim odnaleźliście >>to coś<<? Piszcie! ;)

24 stycznia 2015

005. 50% Kingi w Kindze

Zrezygnować z prowadzenia bloga po czterech wpisach. Trochę słabo i niezbyt dobrze to świadczy o mojej systematyczności, ale ciiiii...! Wracam :D Próbowałam przez pewien czas prowadzić innego bloga, można go było znaleźć również pod nazwą Teyilai, ale nie wyszło, bo zauważyłam, że to tutaj przelewałam najlepsze, najpozytywniejsze emocje, których mi ostatnio gdzieś zabrakło, bo chyba zaczęłam za bardzo wierzyć we własne siły, zamiast w Tego Który Mnie Umacnia. Na dłuższą metę tak się nie da. Początkowo ma się wrażenie, że tyle już się osiągnęło i że można góry przenosić, a tak po pewnym czasie nawet przebywanie z samym sobą staje się uciążliwe i się pojawia uczucie beznadziei. Było we mnie takie 50% Kingi w Kindze, a reszta to jakieś pomieszane niewiadomoco, którego chcę się teraz wyzbywać. Uświadomienie sobie tego to była chyba już duża część sukcesu, a teraz tylko czas wprowadzać zmiany! :) Pisząc tamtego nowego bloga, po przeczytaniu wpisów sprawiały one wrażenie niedokończonych i jakichś takich nie moich. Pewnego Bardzo Dobrego Dnia weszłam tutaj i przeczytałam swoje notki z wakacji. One są jakieś takie pełne wiary i radości, w moim odczuciu, aż milutko mi się to czytało. Oceniałam się wówczas jako osobę, której naprawdę dużo jeszcze brakuje do charakteru, który postawiłam sobie za cel do osiągnięcia, a tymczasem był to okres mojego życia, kiedy najmniej mi do niego brakowało. W momencie, gdy zaczynam twierdzić, że jestem już w jakiś sposób lepsza i staję się zbyt pewna siebie, powoli tracę te dobre cechy. Może nie przechodzę drastycznych zmian, ale tracę tę taką wewnętrzną radość - w prawdzie nie całkowicie, ale jest jej znacznie mniej i wtedy świat traci część swoich barw. Polecam czuć się nieidealnym i niedoskonałym - to dobra mobilizacja do celebrowania każdej minuty szczęścia oraz motywator, aby narodzić się na nowo ;) Bo jak się już uważasz za osobę ukształtowaną, to własne ego zaczyna przysłaniać potrzeby innych. Pokorne przyjmowanie ostatniego miejsca to najpiękniejszy wyraz skromności i wtedy autentycznie chce się żyć, bo czujesz, że masz po co; że jeszcze nie wypełniłeś swojej misji i masz się po co i dla Kogo zmieniać na lepsze ^_^

 

Stwierdziłam, że płakać można do poduszki, a wyżalać pluszowemu misiowi, bo jak się zaczyna robić to przy ludziach, to automatycznie spada samopoczucie zarówno tobie jak i innym. Zbyt często promujemy smutek, a radość zachowujemy dla samych siebie i to jest chyba jeden z głównych powodów, dla których czasami życie wydaje się takie ponure. Chcę, aby mój powrót do prowadzenia bloga, pozwolił innym na znalezienie tutaj chociażby drobniutkiej dawki optymizmu. Szukając w tym korzyści dla siebie, muszę zaznaczyć, że to nawet mi samej poprawia samopoczucie, gdy mogę mówić o czymś co jest radosne i dobre ^^ Dawanie dobrego przykładu nie polega na krytykowaniu tego co nam się nie podoba, tylko wyrażaniu swoją postawą tego, co można by przekazać słowami, ale raczej w żywe świadectwa jest łatwiej uwierzyć niż w blok tekstu niepopartego przykładami. Bez umoralniania. Chcę po prostu cieszyć się z tego, że mogę przekazać coś od siebie! Na małych uśmiechach buduje się wielką radość ;)

Na drugim planie moja przyjaciółka Asia ;)

 W ogóle, to witam Was wszystkich w nowym roku! Dla mnie 2014 to był chyba najlepszy czas, będę próbować 2015 uczynić jeszcze bardziej wyjątkowym ;) Jedyne czego mi zabrakło w minionych dwunastu miesiącach to rozwijania pasji i talentów, muszę się przyznać, że zaniedbałam tę kwestię. Chciałabym odnaleźć coś, w czym mogłabym się naprawdę spełniać, ale tak mocno mocno! Chyba tym czymś okazała się fotografia, bo odkryłam niezmierzoną radość, jaką mi ona daje! Nie mam swojego aparatu i to odrobinę utrudnia sprawę, ale póki co, gromadzę inspirację i pomysły, które zamierzam niegdyś przedstawić na zdjęciach. Posiadanie ambicji dodaje mi skrzydeł!


W najbliższym czasie prawdopodobnie podzielę się z Wami moimi małymi pomysłami na przyszłość, które ostatnio zaprzątają większość moich myśli. Chcąc, nie chcąc, trzeba się chociażby troszeczkę sprecyzować, bo za kilka miesięcy kończę gimnazjum. Kilka rozmów, które ostatnio przeprowadziłam, pomogły mi się odrobinę ukierunkować, a teraz moją misją jest podjęcie dobrego wyboru. Życzcie szczęścia! A ja Wam tymczasem życzę miłego dnia! ♥


Wszystkie zdjęcia z tego wpisu zostały zrobione właśnie tamtego Pewnego Bardzo Dobrego Dnia, o którym wspominałam w pierwszej części notki ^_^

1 września 2014

004. Wra­cając z wa­kac­ji jes­teśmy ciężsi o wspom­nienia, których nikt nie może nam odeb­rać

Właściwie to jakoś nie martwi mnie powrót do nauki i szkolnych obowiązków. Wiem, że to będzie ciężki rok, bo rozpoczyna się wielki wyścig szczurów dla wszystkich trzecioklasistów, a stawką jest dobre liceum i zadowalające wyniki z testów, ale prawdę mówiąc, nawet mnie to trochę zachęca. Będzie przynajmniej nieustanna motywacja do efektywnej nauki, może i ambicji starczy na dłużej niż zwykle. Pomijając obowiązki, to nasz rocznik jest obecnie najstarszy w szkole, ma więcej wpływów, znamy się już kawał czasu i zapewne trochę też się zżyliśmy, a przez wakacje pozmienialiśmy. Jakkolwiek by nie było - dobrze czy źle - to z pewnością zacznie się ciekawie. I tak sobie pomyślałam, że 1 września to będzie idealna data, by podsumować na blogu minione wakacje i podzielić się z Wami odrobiną wspomnień ;)

 Rekolekcje, III stopień OND
30km od domu, w Szewni Górnej, ok. 50 uczestników spotkało się na czas 17nastu dni. Wiadomo, Oaza, sprawa religijna, ale nie ma zdecydowanie nic wspólnego z nieustannym klęczeniem i klepaniem zdrowasiek. Ruch Światło-Życie samym w sobie nazwałabym bardziej stylem życia niż zajęciem dodatkowym, na które można uczęszczać przez cały rok i potem podsumować wakacyjnym wyjazdem. Ludzi z Oazy wyróżnia przede wszystkim pozytywne przysposobienie i ta niesamowita wiara, która dodaje skrzydeł i inspiruje. Połowę mojego obecnego charakteru stworzyli Oazowicze, bo pokazali mi tę właściwą drogę. Rekolekcje były naszym dopełnieniem całorocznej formacji i dla mnie kolejnym dużym przełomem w moim światopoglądzie i zachowaniu. Uświadomiłam sobie przede wszystkim kim jestem, a było to dotąd dla mnie bardzo trudne. Nie umiałabym się zdefiniować, bo wszystko co robiłam było niepewne, jakieś takie chwiejne. Dużym odkryciem było dla mnie to, co opisałam w drugiej notce na tym blogu i co teraz ukierunkowuje moją osobowość do konkretnych cech, które wiem, że są dobre i dla mnie właściwe.
Na III OND pojechało ze mną kilka osób z mojej szkoły, z którymi do tej pory tylko mijałam się na korytarzu. Może nie ze wszystkimi stworzyłam bardzo bliskie relacje, ale już samo spojrzenie, które poślemy sobie teraz gdzieś w pośpiechu, idąc do sali lekcyjnej, będzie z pewnością pełne ciepła i takiej Bożej miłości. No właśnie - miłości, bo rekolekcje nauczyły mnie też mocniej i pięknej kochać.
Cokolwiek bym z tego wyjazdu nie wyniosła - a z pewnością trochę tego jest, choć niektórych rzeczy może nawet na obecną chwilę nie jestem świadoma - za to wszystko chwała Panu ♥

 Kolonie
Zawsze do tej pory zwiedzałam tylko południe Polski. Góry, góry, góry, Tatry, Bieszczady, Sudety - urokliwe, nie powiem że nie, ale chciałam pojechać gdzie indziej w tym roku. Marzyło mi się pierwszy raz w życiu zobaczyć nasz Bałtyk - no i zobaczyłam! :D Przy okazji ponownie spotkałam ludzi z zeszłorocznych koloni, obchodziłam swoje urodziny nad morzem, narobiłam całe mnóstwo zdjęć, przywiozłam do domu kilka małych kamieni ukradzionych z plaży, wykopałam sobie dół w piachu, w którym mnie potem zakopano, wysłałam 15 pocztówek, i tak dalej, i tak dalej, i świetnie się bawiłam! Bałtyk jest cudowny, a morze zdecydowanie przebija góry!

Ściągnęłam do siebie z Zamościa moją siostrę cioteczną, z którą, mimo dzielących nas zaledwie 35km, widzę się baaaaardzo rzadko. Przez 5 dni oglądałyśmy typowo babskie filmy, obchodziłyśmy większość okolicznych sklepów, pospacerowałyśmy po spokojniejszych terenach mojego miasta, spotkałyśmy się z moimi znajomymi i porozmawiałyśmy o tym wszystkim, na co do tej pory brakowało nam okoliczności. Był to w sumie dosyć krótki czas na nadrobienie tylu miesięcy niewidzenia się. Krótki - ale zdecydowanie dobry! 


Rozpoczęłam także grę na gitarze, o czym bardzo marzyłam przez ostatni rok. Z pomocą bliskich osób, trochę sama, ogarnęłam mniej-więcej podstawy, a od tego bądź następnego tygodnia zaczynam chodzić na prywatne zajęcia i niesamowicie się z tego powodu cieszę! Zrobiłam też coś ze swoją rozrzutnością i dokonałam zakupu skarbonki-puszki, którą otworzy jedynie otwieracz do konserw i teraz systematycznie wrzucam do niej jakieś drobniaki, rzadziej banknoty. Tym sposobem zamierzam powoli zbierać na jakiś większy zakup (myślę nad laptopem).


Film tego lata? "Życie Pi"
Książka tego lata? "Kołysanka dla wisielca"
Moja ocena tego lata?
.
.
.
.
.
.
Było świetnie! ;)

31 sierpnia 2014

003. Jesień, moja miłość

Zdecydowanie wypoczęłam przez te dwa miesiące. To były ambitne i udane wakacje, przepełnione dwoma większymi wyjazdami, przyjazdem mojej ukochanej siostry (ciotecznej co prawda, ale spełnia mi rolę wspaniałej przyjaciółki i członka rodziny w jednym), pozytywnymi zmianami, nowymi znajomościami i dobrymi wspomnieniami. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć nasz Bałtyk, spędziłam tam dwutygodniową kolonię, a przywiozłam liczne zdjęcia, dużo piasku w plecaku i chorobę skóry (a teraz walczę z przebrzydłymi plamami na nogach). Wiecie co mnie najbardziej pociesza w końcówce wakacji i powrocie do szkolnych obowiązków?
Nadchodząca jesień! ♥


Nie istnieje dla mnie bardziej inspirująca pora roku niż ta, kiedy wszystko przyjmuje odcienie żółci i pomarańczy, liście opadają, park miejski staje się istnym cudeńkiem w tej swojej kolorowej szacie, a deszcz odwiedza nas nieco częściej niż zwykle. Może to nietypowe, ale nie przerażają mnie ulewy, nie denerwuję się ich obecnością, a wręcz chodzę wówczas podwójnie zmotywowana. Lubię krótsze dni, chłodniejszy wiatr i grubsze ubrania. Ciepłolubem jestem wyłącznie na wiosnę, irytują mnie letnie upały, nienawidzę opalenizny! Bynajmniej nie na sobie, innym ładnie w lekkim brązie, ale ja lubię pozostać blada ;)
Jesień sprzyja moim zajęciom pozaszkolnym. Fajnie jest poszerzać horyzonty, a dłuższe wieczory spożytkować na próbowaniu nowych rzeczy. Zaczynam drugi rok formacji oazowej, będę prywatnie uczyć się gry na gitarze (marny ze mnie samouk, nie umiem spożytkować czasu - "dziś mam czas to pogram dwie godziny, przez najbliższy tydzień nie mam czasu, więc nie pogram w ogóle, a potem znowu znajdzie się chwila na brzdąkanie...") i bardzo chciałabym choć raz w miesiącu pójść na zumbę, ale z tym ostatnim to kwestia sporna. Wszystko zależy czy czas i koszty pozwolą ;) W zeszłym roku próbowałam swoich sił w tańcu nowoczesnym, ale dosyć szybko nasunęły się wnioski, że tańczyć to ja, niestety, nie umiem. Mam także silne pragnienie spróbować samodzielnej nauki j. francuskiego (wspominałam już, jaki ze mnie zdolny samouk?). W tym przypadku akurat szczerze wątpię w swoje ambicje, a na szkołę językową już mnie trochę nie stać. Lekcje gitary mają swoją cenę, wcale nie taką małą, a na grze jednak zależy mi bardziej od francuskiego. Miejmy nadzieję, że może kiedyś się i z tym drugim uda :)

Zdjątko z zeszłorocznej jesiennej sesji ------->
Jak wspominałam, naprawdę nie lubię upałów. Nie pociąga mnie wizja przytulania się z chłopakiem w pełni słońca (dwa spocone ciała... nieromantycznie), każda czynność w nadmiernym cieple mnie bardzo męczy, zewsząd masa owadów, czytać wieczorami nie mogę, bo komary do światła ciągnie, a z zamkniętym oknem skwar i duchota. Z reguły staram się nie narzekać, ale lato mnie ku temu bardzo prowokuje. Jak typowa kobieta, lubię zaszyć się pod kocyk z herbatką i bardzo nienawidzę, gdy nadmiar stopni Celsjusza mi to psuje.
Z resztą, to już raczej nie moje osobiste zdanie, a opinia ogółu - miasto usłane w kolory jesieni jest znacznie piękniejsze od nagrzanych ulic w gorące południe.

Przyłapałam się ostatnio na tym, że niewiele rozmyślam o przeszłości. Mam wątpliwości czy to dobra cecha, ale bynajmniej nie wprowadza mnie w stan jesiennych melancholii. Chandra mnie raczej nie dotyczy, to w sumie dobrze, bo mogę się ze zdwojoną siłą cieszyć swoją ulubioną porą roku. Tak czy siak, zachęcam - porzućcie zmartwienia. Smutne refleksje to nie jest dobra sprawa. Bardzo dołują. Już sam fakt, że słońce od teraz wcześniej zachodzi i ciepła coraz mniej bywa dla niektórych dosyć przygnębiający - zdaję sobie sprawę z tego, że jesień jest dość nieszczególnie lubiana, ale naprawdę zachęcam, by dostrzec jej uroki. Bywa chłodna, deszczowa i pochmurna, ale przecież jej podstawowa odsłona to ta kolorowa i jednak na swój sposób piękna. Chociaż to też zapewne zależy od osoby. Podzielę się z Wami takim ładnym cytatem, który przed chwilą znalazłam: "Życie zaczyna się dopiero jesienią, kiedy robi się chłodniej". W odniesieniu do mnie - szczera prawda ;)

Swoją drogą, Wy też zawsze macie wrażenie, że wiosna i jesień tak szybko się kończą, a lato z zimą trwają jakoś dłużej?

28 sierpnia 2014

002. Powołanie

Zawsze zazdrościłam ludziom kontrolowanej spontaniczności. Często przewijają nam się przez życie osoby bardzo śmiałe, wygadane i nieprzejmujące się opinią innych. To ostatnie sprawia, że potrafią umiejętnie żartować i rozładowywać napięcie. Są weseli, zabawni oraz lubiani. Szczerze podziwiam. Osobiście, o ile znajduję się w gronie bliskich znajomych czuję się wśród nich raczej nieskrępowana. Problem jest wtedy, gdy wkraczam w mniej znane mi towarzystwo. Czy wówczas umiem śmiało żartować, dużo mówić, nie przejmować się aż tak, czy nie powiem nic bardzo głupiego? No właśnie nie. W takich przypadkach lody przełamują ci spontaniczni, zyskując wówczas sympatię całego grona - bo byli odważniejsi niż wszyscy pozostali i potrafili rozkręcić spotkanie. Po ich interwencji rozmawia się już jakoś luźniej, nie ma napięcia i zbędnego stresu. Robi się po prostu miło i przyjemnie.
Bardzo długo próbowałam nauczyć się tej cechy, bo przecież charakteru nabieramy z czasem i trzeba nad nim pracować. Sądziłam zawsze, że nie ma rzeczy niewyuczalnych. Nawet nieraz usiłowałam sprawdzić się w roli takiego śmiałka, który kontroluje swoją spontaniczność i robi to dobrze. Wnioski? Nie robię tego dobrze.

Często mówi się o powołaniu. Mamy do wyboru trzy drogi: życie konsekrowane, w rodzinie lub w samotności. Można by rozdrobnić się też do powołania do zawodu, do obrania jakiejś drogi, itp. Cokolwiek byśmy nie wybrali, jeśli autentycznie jest to nasze powołanie, z pewnością będzie nam to sprawiało satysfakcje i przewyższy wszelkie dobra materialne. Weźmy jako przykład taką bibliotekarkę: choćby miała predyspozycje do innej pracy, która przyniosłaby jej większe dochody, jeśli naprawdę kocha swój zawód, lepiej będzie się czuła z mniejszymi zarobkami lecz z zadowalającą ją pracą - bo dane jej będzie robić to co kocha (w tym przypadku pracować w bibliotece).

Podsumowując:
  • Powołanie daje nam radość, satysfakcję i spełnienie.
  • Czujemy się dobrze w swoim powołaniu. 

A teraz pytanie dnia: Czy do charakteru też jesteśmy powołani?
 Można by się posprzeczać. Z jednej strony, jeśli naprawdę włożymy dużo pracy w udoskonalanie swojej osobowości, to właściwie każdą cechę da się osiągnąć. Nie musi to jednak oznaczać, że będziemy się wówczas czuć dobrze. Prosty przykład: człowiek z natury dobry uznał, że jest "zbyt grzeczny" i postanowił narobić trochę zła wokół siebie. Będzie umiał to zrobić? Będzie, ale nie da mu to szczęścia. Zacznie odczuwać poczucie winy, złość na samego siebie i w rezultacie jego posunięcie wcale nie będzie zadowalające.
Może to trochę za drastyczny przykład, bo właściwie to chciałam mówić o mniejszych różnicach charakteru. Dobro i zło, wiadomo - kompletne przeciwieństwa. Często próbowałam nauczyć się zachowań niewiele różniących się od mojego sposobu bycia i nic z tego - nie umiałam, czułam się niespełniona i nijaka, bo to czego próbowałam robiłam nieumiejętnie. Teraz już wiem, że nie był to brak wprawy ani doświadczenia, tylko brak powołania.

Jak wspominałam w pierwszym wpisie, należę do Ruchu Światło-Życie. Na początku tegorocznych wakacji wybrałam się z nim na dwutygodniowe rekolekcje, gdzie każdy dzień zakończony był adoracją. Był to akurat czas, kiedy czułam się z samą sobą wręcz okropnie, bo przyszło mi wkroczyć w nowe grono, gdzie bardzo chciałam, by mnie polubiono. Nieumiejętnie zaczęłam praktykować bycie spontanicznym i wygadanym. Widząc, jak marnie mi to wychodzi, opuściły mnie emocje i zapał, w prowadzając mnie w stan nicmisięnieudaje. Wieczorne adoracje były chwilą wyciszenia i osobistej rozmowy z Bogiem. Ciemność rozświetlana jedynie blaskiem świec, piękne pieśni i mądre słowa nadawały niesamowitego klimatu, niektórym ze wzruszenia pociekły łzy. Nie potrafiłam się tam szczerze rozpłakać, tak aby był to efekt realnego poruszenia serca. Ta niemoc jakoś mnie irytowała, tak jakby brakowało mi w sobie wrażliwości. Chciałam być wrażliwa, przecież to taka piękna cecha.

"Rozpłaczesz się tak z głębi serca dopiero gdy przestaniesz chcieć, by Cię zauważono. Skryj się. Nie musisz wszystkim udowadniać, że jesteś fajna i godna uwagi - ludzie to sami zauważą, jeśli tylko pozwolisz samej sobie być naturalną. Nie musisz się wzorować na osobach śmiałych, spontanicznych. Oni już są tam gdzie ich miejsce, tam gdzie ich powołano. Ty jesteś powołana do tego, żeby być osobą delikatną, uroczą i spokojną. Aby dawać wytchnienie tym, których może już zmęczyło ciągłe bycie w centrum uwagi i rola gwiazdy towarzystwa. Tak samo jak świat potrzebuje ludzi odważnych i przebojowych, tak ma ogromne zapotrzebowanie na tych cichszych oraz skromniejszych. Idź czynić swoje powołanie."
I gdy to do mnie dotarło, tak oto rozpłakałam się chyba najszczerszymi łzami jakie w życiu uroniłam.
A potem zaczęło się praktykowanie tych cech. Jak się z nimi czuję? Rewelacyjnie! Bo wiem, że to jest to, czym powinnam się kierować. Obecnie pracuję nad charakterem, często jakoś umyka mi spod kontroli i jeszcze nie mogę powiedzieć, bym naprawdę była tą wyciszoną, spokojniejszą i delikatniejszą osobą, ale jest lepiej. Znacznie lepiej!

A Wy, do jakiego charakteru czujecie powołanie? :)

O blogu

Szczerze się przyznając, nie wiem jak właściwie określić tematykę tej stronki. Chyba po prostu zamierzam przekazać tutaj wszystko to, co mam do powiedzenia. Chciałabym, aby moje mniemanie wychyliło się spoza horyzontu mojego towarzystwa, z którym przebywam na co dzień i które słucha tego, czym chcę się podzielić ze światem. Niech myśli dotrą gdzieś dalej. Niech nie będą już tylko wypowiadane. Niech staną się napisane!

O mnie

Mam na imię Kinga, obecnie przeżywam 15 rok swojego życia ;) Urodziłam się 7 sierpnia i pochodzę z niewielkiego miasta południowo-wschodniej Polski. Trzecia klasa gimnazjum. Zamiłowanie do rękodzieł, gotowania, książek, spacerów, zwiedzania naszego kraju, pisania, robienia zdjęć, fizyki, koloru żółtego, jesieni i... i tak dalej :D Uwielbiam również blogować! Swój pierwszy post dodałam bodajże w 2009 roku, miałam wtedy 9 lat i oby nikt go nigdy nie odkopał, bo będzie siara na cały Internet xd Od tamtej pory wiele razy przenosiłam się ze stronki na stronkę, ale w końcu chciałabym to ustabilizować, skupić się na jednej i wraz z upływem czasu, kontynuować to co tu zaczęłam.

Bardzo duży wpływ na moje życie wywarł Ruch Światło-Życie (Oaza). Formację w nim rozpoczęłam we wrześniu 2013, w trakcie wakacji 2014 pojechałam na swoje pierwsze, dwutygodniowe rekolekcje i obecnie jestem po III stopniu OND. Ruch stworzył we mnie nowego człowieka, zaś miłość jaką otrzymałam w nim od Boga i od ludzi wszystko mi wyjaśniła

Udało mi się spełnić jedno z życiowych pragnień - dorobiłam się gitary! Klasyczna. Idealna!
Jeśli o muzykę chodzi, gustuję w folku, poezji śpiewanej, alternatywnym rocku, akustycznej i tym podobnych brzmieniach. Ulubionych zespołów nie mam. Bardziej słucham gatunkami, niż wykonawcami, ale jestem zakochana w głosie Gabrielle Aplin *__*
 
W kwestii książek mam typowo kobiecy gust. Lubię ciepłe, delikatne, przyjemne historie, napisane w lekkim stylu, dobre na dłuższe posiedzenie pod kocem, w towarzystwie herbatki. Obyczajówki, romanse, literatura współczesna, liryczne opowieści. Podobnie jeśli chodzi o filmy - tam dodatkowo chętnie sięgam po dramaty. Moim faworytem wśród ekranizacji jest "God's not dead" i "Jutro - kiedy zaczęła się wojna", zaś wybór ulubionej książki byłby jedną z najtrudniejszych decyzji, jakie musiałabym podjąć.

Właściwie, to istnieje ogrom rzeczy, których chciałabym spróbować. Chociażby jazda konna, nauka j. francuskiego, wędkarstwo, narciarstwo, gra na bębnach... Oj. Dużo tego ;)

Pozdrawiam cieplutko! ♥
Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście, z wyjątkiem drugiego, są mojego autorstwa. W przypadku tego przemyconego, otrzymałam zgodę od autora na wykorzystanie jego pracy ;)

25 sierpnia 2014

001. Narodzić się na nowo

Nigdzie nie jest idealnie. Trudno mieć życie wiernie podlegające naszym pragnieniom, bo właściwie zawsze znajdzie się choćby maleńki mankament, który będzie odbiegał od tego, czego chcemy. Aczkolwiek przyjmijmy, że te niedogodności są niewielkie. Albo nawet inaczej; istnieją, ale nie stanowią przeszkody w byciu szczęśliwym. Wyobraź sobie, że nie dotyczą Cię żadne większe problemy. Sytuacja rodzinna ustabilizowana, kilku bliskich przyjaciół u boku, brak chorób i większych zmartwień. Jest okej. Brzmi nieźle, prawda? Dodajmy jeszcze, że zawsze towarzyszy Ci radosne usposobienie, jesteś lubiany w swoim otoczeniu oraz osiągasz sukcesy w nauce - może nie jakieś kolosalne, ale przyzwoite i zadowalające. A teraz zadaj sobie pytanie: czy jesteś dobrym człowiekiem?
Powyższy opis dotyczy pewnej dziewczyny (nazwijmy ją K). Trzy lata temu, będąc wówczas dwunastolatką, spytała siebie o to samo: "Czy ja jestem dobra?". Stwierdziła, że tak. Przecież nie paliła, nie piła, nie przeklinała, nie wyśmiewała się ze starszych i chorych, nie kradła, nie wagarowała, brzydziła się używkami. Zastanawiając się nad tą kwestią, zapewne nie miała wątpliwości co odpowiedzieć: "Tak, jestem dobra". To logiczne. Gdyby nie była dobra, to nie byłaby lubiana i już dawno zmieszano by ją z błotem.
 Skoro była taka dobra, to dlaczego już rok później przeżywała smutki i melancholie niemal każdego dnia?
Przestrzegano ją, że gimnazjum bardzo zmienia ludzi. Niekoniecznie na lepsze. Ci, którzy kiedyś z nią trzymali, teraz wydawali jej się okropni. Wulgarni, nieprzyjemni, chamscy. A ona ich ofiarą. Nienawidziła szkoły, znajomych, swojego miasta, wszystkich sprowadzając do tego samego poziomu i tkwiąc w wielkiej beznadziei. Czuła się okropnie i wstrętnie, jakby znalazła się na celowniku wszystkich złych ludzi. Podkreślmy to: złych! Bo przecież ona była dobra.
Nasza bohaterka postanowiła w pewnym momencie poszerzyć horyzonty i wyrwać się spoza okręgu szkoły i własnej okolicy. Gdy zbliżyły się wakacje, wyjechała na kolonie, a tam jej nowe towarzystwo wydawało się spełniać wszystkie wymogi. Mieli swoje nałogi, dziwne przysposobienia, wady - ale jakoś automatycznie wydawali jej się dobrzy. Czuła się przy nich szczęśliwa i tuż po powrocie okrzyknęła tamten wyjazd mianem najlepszych dwóch tygodni jej życia. Potem kolonia się skończyła, wszyscy wrócili do domu. I znowu zewsząd zapanowała beznadzieja.
Warto zwrócić uwagę na jedną sprawę: towarzystwo szkolne i wakacyjne nie różniłoby się zupełnie niczym. I jedno i drugie można by spokojnie pokochać bądź znienawidzić. To w psychice K wytworzyło się mniemanie, że osoby poznane na kolonii są tymi lepszymi. Wszystko ma swój początek w umyśle, a nad nim panujemy my sami. Postawy są ważniejsze niż fakty. Gdyby K realnie uwierzyła, że osoby z jej miasta są sympatyczne i warte uwagi, automatycznie odnalazłaby w nich dobre cechy i przynajmniej powierzchownie zaczęłaby ich akceptować, co z czasem zapewne doprowadziłoby do coraz większej sympatii. Ona jednak uparcie wierzyła, że to nie jest towarzystwo dla niej. Oni przecież byli źli, a ona szukała ludzi dobrych.
Ta postawa szkodziła jej przez kilka miesięcy, doprowadzając do częstych ataków nerwów i płaczu. Nie była już ani szczęśliwa, ani spokojna, ani dobra. Dobry człowiek umiałby zaakceptować cudze wady, a już z pewnością nie wywyższałby ich ponad zalety, zaślepiając w ten sposób realne spojrzenie na dane charaktery. Dobry człowiek nie pozwoliłby sobie nieustannie marudzić, doszukiwać się dziury w całym, smucić ani zaniedbywać dawnego optymizmu, który kiedyś był podstawowym elementem jego osobowości. Czyżby K stała się zła?
Styl życia, jaki przyjęła, znalazł bynajmniej raz praktyczne zastosowanie. W poszukiwaniu dobra postanowiła ponownie wychylić się poza ludzi z własnej szkoły, szukając towarzystwa gdzie indziej. Doprowadziło ją to na spotkania Ruchu Światło-Życie (potocznie zwanego Oazą). Ot, taka katolicka wspólnota, pełna osób sprawiających wrażenie kreatywnych, sympatycznych i dobrych. Czemu miałaby nie spróbować? Od dziecka wychowywana była w wierze, co niedzielę bywała (BYWAŁA - bo nie można powiedzieć, by prawdziwie uczestniczyła) na Mszy Świętej, modliła się - co prawda bez większego zaangażowania i wkładania w to serca, ale modliła. Nie widziała jakichś przeszkód ku temu, by nazwać się chrześcijanką, więc Oaza wydała się jej idealnym miejscem. Ludzi było tam niemało, a wszyscy autentycznie życzliwi i ciepli. Już na pierwszy rzut oka widać było, że to lepsza młodzież niż ta, z którą miała styczność na co dzień. Gdy raz przyszła na spotkanie, tak pojawiała się już na każdym kolejnym. I było jej wspaniale, bo w końcu poczuła, jak otacza ją ludzkie dobro.
W Ruchu spotkania dzieliły się na ogólne i grupowe. Te drugie odbywały się w mniejszym gronie, nad którym czuwał animator. Już po pierwszym takim, K poczuła jak mała jest jej wiara w porównaniu do tamtych ludzi. Oni nie tylko kochali Boga - oni wiedzieli jak żyć. A dlaczego? Bo mieli wiarę. A dlaczego mieli wiarę? Bo kochali Boga. A dlaczego kochali Boga? Bo On pokazał im jak żyć. Koło się zatacza.
Dziewczynie wydawało się, że głęboka ufność Stwórcy nie jest koniecznie potrzebna do tego, aby tak jak tamci ludzie, nauczyła się sztuki właściwego sposobu bycia. Nie to, że nie wierzyła w autentyczność prawd objawionych w Biblii. Jakoś tak po prostu to było dla niej dziwne, że młodzież tak pięknie może kochać Zbawiciela, tak śmiało o Nim mówić i jednocześnie być tak normalnymi i przyjaznymi. Nigdy dotąd nie spotkała się z takim połączeniem. I choć oazowicze jej imponowali, to nie była do końca pewna czy chce się stać taka jak oni. Postanowiła przechytrzyć ich nauki i wyciągnąć dla siebie przede wszystkim to, jak żyć miło oraz radośnie. Wszystko sprowadzało się do jednego celu: chciała być dobra, ale może niekoniecznie zewangelizowana. Hasło roku formacyjnego zdawało się idealnie sprzyjać jej postanowieniom: "Narodzić się na nowo".
Śmiem twierdzić, że to się stało naprawdę. K rzeczywiście zaczęła żyć inaczej, lepiej. Ale oprócz realnego przyjęcia dobra do swojego serca, otworzyła się również na działanie Boga. To On ją przyprowadził na tamto pierwsze spotkanie i wlał na nią całe swoje miłosierdzie, aby dokonało się jej nawrócenie. Co zabawne, dotychczas myślała, że nawracać można jedynie ateistów. A tymczasem sama została sprowadzona z bezdroża na właściwą ścieżkę, po której od teraz już na zawsze będzie prowadził ją Pan.

A sprostowując - K to ja i właśnie przeczytaliście krótką historię tego, jak wiara zmieniła moje życie :)